„Biały szkwał” na Wiśle

Minęły chyba już trzy tygodnie od mojej kajakowej przygody na Wiśle, kiedy najadłem się na prawdę sporo strachu i od tamtej pory będę czuł na prawdę respekt wobec sił natury. Wraz z czterema kolegami wybraliśmy się na spływ końcowym odcinkiem Pilicy i Wisłą do Góry Kalwarii. Choć pogoda była „pod psem”, byliśmy zdeterminowani by płynąć. W ostatniej chwili zmieniłem tylko plany i zostawiłem mojego dmuchańca w domu by popłynąć plastikowym kajakiem w załodze z Młodym. Drugą jednostkę pływającą stanowiło canoe z Eltechem i Czołgiem na pokładzie a trzecią Ted na kajaku pneumatycznym mniej podatnym na wiatr od mojego. Miał to być już któryś z kolei zimowy integracyjny spływ forumwodne.pl w pełni oddający jego charakter – nie ważne na czym, aby pływać, żadnej dyskryminacji 😉 Tak więc płynęły kajak polietylenowy, canoe laminatowe i kajak dmuchany.

DSCN2647 DSCN2650

Gdy pojawiliśmy się nad Pilicą nawet się rozpogodziło. Sprawnie zwodowaliśmy sprzęt i wypłynęliśmy. Dopiero drugi raz siedziałem w plastikowym kajaku, zaś Młody pierwszy raz po przesiadce z canoe. Z początku musieliśmy więc opanować wiosłowanie, zwroty itp. W ten sposób zostaliśmy sporo w tyle płynąc już na Wiśle zygzakiem 😉

DSCN2653 DSCN2654

Po drodze wpadliśmy jeszcze na mieliznę, ale jakoś ją przeoraliśmy i udało się uwolnić bez wychodzenia z kajaka. Wiatr mieliśmy w twarz więc nieprędko dogoniliśmy resztę łapiąc na pokład kilka niewielkich fal. Z przemoczonymi tyłkami wylądowaliśmy na wielkiej piaszczystej wyspie, gdzie zrobiliśmy przystanek na śniadanie.

DSCN2655 DSCN2657

Zaczęło się nawet rozpogadzać więc z chęcią kontynuowaliśmy spływ. Płynęliśmy wszyscy razem pomiędzy coraz liczniejszymi wiślanymi wyspami. Wyszło słońce i nawet wiatr się uspokoił.

DSCN2658 DSCN2661

Nie trwało to jednak długo. Gdy wypłynęliśmy na dużą otwartą przestrzeń, wiatr się wzmógł i pojawiły się około 30-centymetrowe fale. Tak szybko przybiliśmy na jedną z najbliższych wysp, że wyskoczyliśmy z kajaka pierwszy raz mocząc buty 😉

DSCN2666 DSCN2667

Przystanek wykorzystaliśmy na naradę, co robić dalej. Płynąć do Góry Kalwarii, do której zostało około 5km czy zejść na brzeg i kończyć spływ? Pogoda się znów uspokoiła więc uznaliśmy, że popłyniemy zgodnie z pierwotnym planem wykorzystując jako osłonę przed wiatrem kolejne wyspy. By dostać się jednak do ciągu wysp musieliśmy przepłynąć przesmyk szerokości około 100 metrów w bocznym nurcie Wisły.

Mając jakby jakieś przeczucie, poprawiłem w kajaku jeszcze cały sprzęt, upchnąłem w luku wszystko co latało po podłodze, zostawiając pod ręką tylko szufelkę do wylewania wody. Przez myśl przebiegł mi fragment książki i filmu „Okręt”, gdy niemiecka załoga uszkodzonego U-boota szykowała się do rajdu przez Gibraltar pod lufami Anglików 🙂

Gdy tylko się zwodowaliśmy, od razu ruszyliśmy w kierunku drugiego brzegu przesmyku. W połowie naszego „rajdu”, gdy do celu brakowało 50 metrów, nagle nie wiadomo skąd uderzyła w nas ściana gradu i deszczu. Wiatr był tak silny, że mieszał wodę z Wisły z powietrzem, a wyspy porywał piasek, zasypujący nam oczy. Choć wiosłowaliśmy z całych sił, znosiło nas w kierunku środka Wisły i to w górę nurtu! Pierwsze uderzenie wiatru wywołało przekraczające 30cm fale. Jedna przelała nam się przez kokpit, zalewając nogi. Po chwili złapaliśmy drugą. Poczułem się bezradny, czując jak kajak coraz bardziej obniża się w wody Wisły. Nie stanowił już podparcia dla tyłka, tracił wyporność, po prostu tonął!

Rzucając wszelkimi znanymi mi przekleństwami krzyczałem, do Młodego by trzymał równowagę, aby nas chociaż nie przewróciło, a sam rzuciłem wiosło i z prędkością światła wybierałem szufelką wodę. Woda, grad i piasek nas oślepiały a my walczyliśmy by nie pójść na dno. Byłem zaskoczony, gdy wody z kajaka w końcu zaczęło ubywać. Pojawiła się iskierka nadziei, choć sam już nie wierzyłem, że się uda z tego wyjść. Wtedy Młody krzyknął: Gdzie jest canoe? Rozejrzeliśmy się i zobaczyliśmy około 200 metrów poniżej nas wystające w Wisły głowy Eltecha i Czołga. Fale wywróciły canoe. Znów wziąłem się za wiosłowanie, ale wiedzieliśmy, że nie damy rady do nich dopłynąć. Wkrótce złapali grunt i stojąc po pachy w wodzie ratowali dobytek wybierając jednocześnie wodę z łódki. Ocalały ze sztormu, będący bliżej Ted na dmuchańcu chciał im pomóc, ale uznali, że już opanowali sytuację.

Z trudem dobiliśmy z Młodym do brzegu z ładunkiem, jak tankowiec. Wybraliśmy z kajaka resztę wody, uwiązaliśmy go na lince i pociągnęliśmy brzegiem, gdzie lądowali pozostali rozbitkowie. Powoli emocje opadły i wszyscy cieszyliśmy się tylko, że udało się z tego wyjść w miarę cało. Ted i Eltech oczywiście musieli się przebrać. Na szczęście zapasowe ciuchy nie przemokły.

DSCN2670 DSCN2671

Wiatr trochę osłabł a słońce przez chwilę nawet zaczęło przygrzewać. Po otrzymanej nauczce, uwiązaliśmy kajaki na linkach i postanowiliśmy więcej nie ryzykować ciągnąc je wzdłuż brzegu. Byliśmy jednak w dalszym ciągu na wyspie, której nie mogliśmy inaczej opuścić, jak tylko wodą.

DSCN2674 DSCN2690

Gdy tak holowaliśmy nasz dobytek, na horyzoncie pojawiła się ciemna chmura. Tym razem ją zobaczyliśmy i wiedzieliśmy czego się spodziewać. Po paru minutach uderzyła w nas, jak poprzednio biała ściana wiatru, wody, gradu i piasku. Choć nawet na wyspie ciężko było ustać, cieszyliśmy się tylko, że w tej chwili nie płyniemy.

DSCN2693 DSCN2698

Gdy drugi szkwał ucichł, pod osłoną wysokiego brzegu, z dala od otwartych przestrzeni i nurtu, między powalonymi drzewami opłynęliśmy kolejne mniejsze wyspy dopływając do zacisznej przystani przed mostem drogowym w Górze Kalwarii.

Po tych wszystkich przygodach, odpoczęliśmy susząc się przy grillu i posilając różnymi smakołykami.

Krótki film pokazujący sytuację przed tuż przed „rajdem” i drugi szkwał, który przeczekaliśmy na wyspie, zobaczycie tu:

Tę wyprawę z pewnością zapamiętam na całe życie. Nigdy żywioły nie napędziły mi tyle strachu co tego dnia. Woda i wiatr tym razem dały nam szansę, ale z pewnością nie będę wystawiał się kolejny raz na ich łaskę lub niełaskę. Muszę przyznać, że tuż przed „rajdem” przez przesmyk nawet nie spojrzałem na niebo. Nikt z nas nie spojrzał a z pewnością nadciągającą chmurę było widać. Z tej wyprawy wyciągnąłem kilka wniosków:

1. Zawsze na wodzie obserwować horyzont. Do tej pory udawało mi się uniknąć burz na rzece, gdy pływałem samotnie. Każda podejrzana chmura sprawiała, że płynąłem na wszelki wypadek przy brzegu by w każdej chwili móc lądować. W grupie trzeba tak samo czuwać. Może się okazać, że nikt nie obserwuje nieba.

2. Zawsze pływać w kapoku. Gdy nagle stanie się na prawdę niebezpiecznie, nie będzie czasu by go założyć. Szkwał, który nas dopadł, nie dałby nam z pewnością na to czasu. Tak samo nie dadzą szans podwodne przeszkody.

3. Pakując zapasowe ciuchy trzeba na prawdę brać pod uwagę, że będzie wywrotka. Szczególnie zimą w worku wodoodpornym powinien znaleźć się pełen komplet włącznie z bielizną, czapką i butami. Do tej pory, pakując ubrania zapasowe, zawsze myślałem, że i tak ich nie użyję. Tym razem musiałem jednak się przebrać, ale co z tego, jeśli zostałem w mokrych butach i mokrej kurtce.

4. Na pokładzie powinien być sprzęt do wylewania wody i kilkanaście metrów mocnej linki. Normalnie wydają się niepotrzebne, ale w krytycznej sytuacji od nich może zależeć wszystko.

Cały czas uczymy się na błędach, ale lepiej, żeby to były czyjeś błędy 😉 Jeśli wybieracie się na spływ, szczególnie dużą rzeką i w zimie, zapamiętajcie moją relację z tego wypadu. Choć była to niezła przygoda, to mogła skończyć się niewesoło, jak biały szkwał na Mazurach w 2007 roku, gdy wiatr zatopił wiele łodzi i życie straciło kilkanaście osób.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje z wypraw. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „„Biały szkwał” na Wiśle

  1. niszka pisze:

    Hah 😀 I znów, jakby to było wczoraj, stanęło mi przed oczami moje pływanie kajakiem wraz z Lubym po jeziorze Sarbsko – cieszę się przy tym niezmiernie, że nam tylko wiatr napędził stracha, że obyło się bez gradu ;] No ciekawie, ciekawie…

    Pozdrawiam 🙂

  2. Allaway pisze:

    To są pozytywne rady tylko czasami wyobraźnia nas zawodzi, a kajaki wciągają .Ja miałam przygodę z burzą na Mazurach w Piszu też wypłynęliśmy na środek jeziora jak nagle pojawiła się burza nie mogliśmy wrócić.I jeden wielki strach w oczach,ale wszystko dobrze się skończyło.

  3. eltech pisze:

    E tam Dawid – spoko było 🙂
    Wszystko było pod kontrolą nawet jak siedziałem w wodzie z Czołgiem.
    Nie na darmo odesłałem Teda bo i tak by nam nie pomógł a sam musiał walczyć z wiatrem i deszczem oraz falami . Nawet gdybyśmy gruntu nie złapali o co na Wiśle niestety coraz trudniej 🙂 to i tak byśmy dobili z powrotem do tej samej wyspy z której wystartowaliśmy bo tam nas pchał wiatr. Kanu jest niezatapialne więc wystarczyło się kanu trzymać. Pomimo że była jeszcze zima to pogoda była całkiem niezła woda nie była aż tak lodowata jak powinna być więc warunki były całkiem niezłe.
    A doświadczenie to jak nie popływasz to nie nabędziesz.
    Jedyne co to podczas tej przeprawy powinienem Czołga posadzić na szlakowego a samemu sterować ale doświadczenie dla Czołga było bezcenne 🙂
    Generalnie bardzo miło wspominam nasz wypad i już myślę o następnym – tym razem dwudniowym więc możesz się załapać 🙂

  4. Ania pisze:

    Zupelnie przypadkiem trafilam na tego bloga, coz moge napisac – jestem zachwycona Waszymi trasami, zdjeciami, artykulami, czuje ze spedze tu wiekszosc dzisiejszego dnia. Pozdrawiam serdecznie.

  5. Paweł K. pisze:

    Toż to Wyspa Rembezy tam w tle 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge